Witajcie. Od początku sierpnia tego roku zaczęło się u mnie coś sypać. Napiszę trochę o sobie, żeby przybliżyć wam moją sytuację: od 18. roku życia mam zdiagnozowaną chorobę schizoafektywną. Zaczęło się jednak od głębokiej depresji, której doświadczyłam w ostatniej klasie liceum. Po wielu nic nie dających szaradach z lekami jestem obecnie na malutkiej dawce lamitrinu i abilify. Osobiście uważam, że ani mi te leki nie pomagają, ani specjalnie nie szkodzą. Dodam jeszcze, że problemy „ze sobą” miałam zawsze: depresja dziecięca, natręctwa, byłam zawsze bardzo zamknięta w sobie, choć uczyłam się pilnie i wszystko robiłam aż zbytnio dbając o interes i zadowolenie innych. Rzadko okazywałam emocje. I odczuwanie bodźców ze świata zewnętrznego prawie całe życie sprawiało mi mniejszy – lub większy ból. Czułam np. ściskanie w klatce piersiowej, kiedy usłyszałam jakiś normalny dźwięk z otoczenia lub kiedy patrzyłam na odbijające się na czymś słońce, to odbiór tego bodźca w mojej głowie stwarzał rodzaj melancholijnego bólu. Do tego muszę dodać, że jestem osobą, która zawsze miała problem z autoekspresją – czyli różne blokady w relacjach, rozmowach z ludźmi, nad którymi to blokadami zupełnie nie umiałam nigdy panować. Ostatnio myślałam, że jakimś cudem wszystko się odmieni…. Po skończeniu studiów (na których też nie czułam się rewelacyjnie, miałam wtedy zresztą trzeci atak choroby – stan maniakalny), znalazłam pracę. Wspaniałą pracę, która dawała mi mega dużo satysfakcji, i w której (o dziwo!) okazało się, że mogę, że umiem, że szybko się uczę wielu rzeczy, że nawiązuję łatwo kontakt z ludźmi (częściowo-już bez blokad)...dosłownie jakby w ciągu miesiąca wszystkie moje blokady wewnętrzne odpuściły. Potem, niestety, po jakichś dwóch miesiącach, nieszczęśliwie się zakochałam...mówiąc krótko nadzieje zrobiłam sobie ogromne, liczyłam, że będzie z tego bardzo wiele, czułam (pierwszy raz w życiu chyba) w bardzo realny sposób miłość, jako uczucie, do drugiego człowieka. Za tym poszło też dalsze (choć chwilowe) polepszenie sposobu odczuwanych bodźców ze świata zewnętrznego – przestały mi sprawiać ból, przeciwnie, zaczęły nawet dawać radość i zwykłe, ludzkie poczucie szczęścia… Niestety, kiedy dowiedziałam się, że z tego związku nici, to wszystko zaczęło się stopniowo sypać, stopniowo, stopniowo, aż do dziś. Zablokowałam się od środka ponownie. Moje blokady wewnętrzne narosły do takiej formy, że mam totalną pustkę w głowie, kiedy mam rozmawiać z ludźmi. Nie męczy mnie ani nie stresuje ich towarzystwo – męczy mnie fakt mojej ponownej ułomności. Ułomności której już nie miałam jakiś czas (a przynajmniej nie w takim stopniu). Dodatkowo na dziś mogę u siebie opisać takie objawy, jak:
- niepewność, rozchwianie, pustka w głowie
- „brak dostępu” do swojej osobowości, jakby brak łączności z samą sobą, wewnętrzna blokada, wydaje mi się, że jestem tak ukryta wewnątrz samej siebie, że jakby mnie nie było
- uczucie „zanikania” emocji wewnątrz głowy – niemożność pełnego ich przeżycia
- chwilowe, spore zachwiania w mojej koordynacji ruchowej
- niepewność wykonywanych ruchów
- rozchwianie emocjonalne
- uczucie „ospałości” narządów wewnętrznych
- płaczliwość, słabość, rozdrażnienie,
- najbardziej frustrujące: uczucie dużego kryzysu wewnątrz mnie, ogromna trudność w rozmowach (pustka w głowie, niemożność „dostrzeżenia” własnych myśli i odczuć, trudność w ubraniu czegoś w słowa, zupełny brak swobody wypowiedzi, te blokady są jakby nawarstwione wewnątrz mnie)
- objawy nasilają się najbardziej w kontakcie z innymi osobami (nie wiem, co powiedzieć, „nie ma mnie” w danej sytuacji, widzę duży rozdźwięk między funkcjonowaniem innych osób a sobą, co mnie dodatkowo dobija; lęk przed pogłębieniem/utrzymaniem się tych stanów;
Równocześnie odczuwam pewną siłę wewnętrzną i coś, co pomaga mi nie załamywać się do końca. Czuję, że jestem inna, ta schowana, ta prawdziwa. Frustruje mnie bardzo i smuci stan, w którym jestem obecnie i odczucie, że nie mam na niego wpływu. Czuję, że na zewnątrz mnie „wychodzi” kilka procent mojej osobowości. Nie określiłabym tego defektem, raczej bardzo silną blokadą.
Emocje i odczucia, które już miałam na wyciągnięcie ręki, normalność, którą prawie osiągnęłam...pierzchły sobie.
Jak ktoś chciałby popisać np. o tych moich perypetiach i stanie obecnym – lub czymkolwiek – to śmiało.